Moj wieloletni przyjaciel Paweł Wilk. Wspaniały kompan wuj i dziad, najlepszy łeb informatyczny jaki znam, pałał sie aktorstem teatralnym, umi rzempolic na fortepianie, zamawia desery w restauracjach. były buddysta
ENJOY
1. Pamietasz zapewne harce za młodu na zgorzeleckich ulicach..czulismy ze mozemy wszystko a to wydaje mi sie za sprawą poczucia bezpieczeństwa, ktore samemu jest bardzo trudno wypracowac i dac drugiej osobie... teraz jestes dorosłym człowiekiem..powiedz nam prosze co zmienilo sie w twoim podejsciu do ziemskiego padołu i jak ma sie twoje poczucie bezpieczenstwa? Wydaje mi się, że poczucie bezpieczeństwa ma swoje korzenie w poglądzie, że nic nie może nam się stać, że nic nie może zagrozić stałości tego, kim jesteśmy i jak się czujemy. Gdybym miał kategoryzować, to wyróżnił bym zasadniczo dwa rodzaje poczucia bezpieczeństwa, które różnią się pobudkami. Pierwsze, to o którym wspominasz, związane jest z pewnego rodzaju ignorancją, to znaczy z komfortem nie zwracania uwagi na zagrożenia. Ten komfort u młodych ludzi bierze się z przekonania o tym,że na przykład nigdy nie będą śmiertelnie chorzy i że zawsze będą mieli tych, którzy się nimi opiekują, niezależnie od podejmowanych działań i zachowania. Przyczyną takiego przekonania jest po prostu brak wystarczająco mocnych doświadczeń, które wskazywałyby, że w ogóle może być inaczej. Oczywiście, zdarzają się chwile, gdy poczucie bezpieczeństwa zostaje na moment zburzone, jednak naturalną reakcją psychiki jest powrót do normalnego funkcjonowania i chwytanie się tej domowej, bezpiecznej przestrzeni, w której błędy są wybaczane, a bezpieczeństwo ma się za darmo. Można zaryzykować twierdzenie, że w tego rodzaju "inkubatorze" nie do końca ponosi się odpowiedzialność za wszystkie swoje czyny, ciężko więc o odpowiednie wskaźniki. W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, lub seria momentów, że musi nauczyć się sam sobie dawać poczucie bezpieczeństwa. Może to być proces łatwy,jeśli charakter danej osoby jest taki, że po prostu skopiuje zachowania najbliższych i spróbuje zrekonstruować znaną scenerię, w której było bezpiecznie.Takie powielanie wzorców ma swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że wtedy nieco łagodniej jest przejść do świata, w którym samemu jest źródłem ukojenia, tak dla siebie,jak i dla bliskich. Minusem zaś to, że nie każdy może chcieć odtwarzać to, co miał w domu. Niekoniecznie chodzi tu o patologię, ale o to, że jakaś osoba może po prostu mieć zupełnie inny pomysł na życie. Problem istnieje, ponieważ komplet wzorców, które mają wpływ na poczucie bezpieczeństwa, nie jest aż takie elastyczny. Bywa, że można wziąć od rodziny z dobrodziejstwem inwentarza wszystko, ale czasem nijak to przystaje do własnego sposobu urządzenia swojego lokalnego świata i reagowania na ten świat. W tym przypadku mamy do czynienia z decyzją młodego człowieka o wyjściu z rodziny, o pewnego rodzaju odcięciu się. Jeśli płaszczyzna odcięcia zahacza o wzorce zapewniające bezpieczeństwo, to mogą być przejściowe kłopoty. Mamy wtedy do czynienia z pewnym punktem przegięcia, z momentem w życiu, w którym nie jesteśmy
już w domu, ale też nie jesteśmy jeszcze w nowym, swoim własnym obszarze bezpieczeństwa. Tu trochę zależy od szczęścia, okoliczności i charakteru. Rodzina może nie wymagać przejmowania tradycji, a jednak przygotować człowieka do stanowienia o samym sobie do tego, żeby mógł wybrać swoją, zupełnie inną, drogę życia, dbając o siebie.Takie przypadki nie są jednak częste, bo wymagane jest tu porzucenie przez rodziców własnych ambicji dotyczących dziecka, na poziomie psychicznym niemalże rozstawania się z tym młodym człowiekiem jeszcze w czasie, gdy on funkcjonuje obok i przebywa pod jednym dachem. Nie każdy to potrafi, bo nie każdy rodzic jest tak dojrzały. W sumie można powiedzieć, że to rzadkość, przynajmniej w Polsce. Jeśli w jakiejś rodzinie jest mocna tradycja polegająca na kultywowaniu przyjętego modelu życia przez pokolenia, to rodzice mogą nie zgadzać się, a nawet nie być w stanie wyposażyć takiej osoby w stosowne mechanizmy gwarantujące przygotowanie do samodzielności. Oczywiście nie jest tak, że się nimi nie podzielą,ale zawrą w nich stosowne warunki, pewnego rodzaju blokady, które zaczynają się od "nie możesz pozwolić sobie na bezpieczeństwo, jeśli...". Gdy dorastający człowiek wybierze "dobrodziejstwo inwentarza", to poradzi sobie, ale jeżeli zechce żyć całkiem inaczej, to może być ciężko. Możesz widzieć to jako podprogram w stylu: "albo będziesz niósł nasz styl życia, albo radź sobie sam i nie czuj się bezpiecznie". Oczywiście nie jest to w pełni świadome i przez samych wychowujących bywa postrzegane jako działanie dla dobra dziecka. Dochodzi też kwestia zasobów –trudno dać komuś więcej wolności, niż samemu się miało. Nie chodzi tu o sam zakaz, ale o towarzyszące wolności "psychiczne BHP", które gwarantuje, że wyposażona w nią jednostka nie zrobi sobie krzywdy.
Przypominając: młody człowiek wchodzi w samodzielny świat i dostaje pierwsze sygnały o tym, że rzeczy się zmieniają, a on również podlega tym zmianom i że nie jest nieśmiertelny, ale fizycznie i psychicznie zależny od wielu czynników. Może wtedy albo zechcieć wrócić do sposobu organizowania swojego świata odziedziczonego po rodzinie, albo wybrać swoją indywidualną drogę, która odbiega tak daleko od tamtego stereotypu, że nie zawiera wbudowanych weń mechanizmów bezpieczeństwa lub
zawiera je, ale w formach obwarowanych blokującymi warunkami. Wygląda więc na to, że ta druga, bardziej radykalna opcja dorastania, jest mniej komfortowa. Jej plusem jest jednak to, że osoba ma szansę wypracować swoje własne źródła uzyskiwania poczucia bezpieczeństwa. Co w tym atrakcyjnego? Na pewno to, że kiedy samemu się coś wypracowało, to można niemalże w nieskończoność to
rozwijać. Dlaczego? Ponieważ zna się podstawy tego i rozumie się, jak mniej więcej to działa, niekoniecznie na poziomie intelektu. Jeśli można to łatwiej
powiększać, to jest też szansa na to, że można będzie dzielić się tym z bliskimi. W przypadku poczucia bezpieczeństwa budowanego nieświadomie i automatycznie znacznie trudniej jest przekazać je na żądanie osobie, która w danym momencie tego
potrzebuje. Chyba wybrałem, albo zostałem jakoś zdeterminowany do tego, żeby przyjąć za punkt wejścia w dorosłe życie właśnie tę bardziej radykalną opcję. Oznaczało to na początku kłopoty, których źródłem była konieczność budowania w sobie pewnej subtelnej, kojącej części. Wiesz, to tak, jakbyś musiał poszukać w sobie obszaru, dla którego sam fakt uczestnictwa w świecie jest wystarczający i
satysfakcjonujący. Potem pozwalasz temu rosnąc i rosnąć i to się może nie robi coraz większe, ale coraz częściej obecne. Potem z tej drobinki pojawił się fragment mnie, który jest skłonny objąć wszystkie niepowodzenia, tragedie i jest skłonny dawać opiekę zarówno mi, jaki innym. Najciekawsze w tym jest to, że aby to dobrze działało wystarczy po prostu nie przeszkadzać, ale jednocześnie nie wyłączać się z tego co się dzieje. Dzięki tej subtelnej, obejmującej postawie nie zyskuję od razu poczucia bezpieczeństwa. Dzięki niej jestem w stanie przeżywać uczucia, których wcześniej nie miałem. W chwilach zagrożonego bezpieczeństwa mogę potem szerzej czuć, to znaczy użyć tych kompetencji i na przykład zamiast wyłącznie lęku przed śmiercią jest smutek i nostalgia za światem i ludźmi, a zamiast "nie lubi mnie, będę sam" jest "musi być jej/jemu ciężko" albo też "smutno mi". Jakiś rdzeń się pojawia, taki kręgosłup uczuciowy,który chociaż dynamiczny i wielobarwny, to sam też daje pewne poczucie bezpieczeństwa. Oczywiście ideałem byłoby mieć poczucie bezpieczeństwa wynikające z całkowitego wyjścia poza swoje własne widzimisię, ale to chyba jeszcze inna, wyższa forma rozluźnienia w życiu, o której możemy pogadać za kilkadziesiąt lat, cedząc herbatę przez sztuczne szczęki.
Dać drugiej osobie poczucie bezpieczeństwa jest bardzo łatwo. Problemem nie jest
jak to zrobić, ale żeby działo się to bez nagminnej premedytacji, po pierwsze, a
po drugie, żeby to w odpowiednim momencie zauważyć i jednak próbować to zmienić.
Jeśli dajemy komuś sygnał, że może na nas liczyć i pomagamy czasem, to świetnie,
jednak przy bliższej i dłużej trwającej relacji stawianie się w roli "uspokajacza na żądanie" może być wyczerpujące dla nas i mało pomocne dla kogoś. Wypada zobaczyć, czy ta druga osoba będzie czuła się bezradnie pozostając bez nas. Myślę, że jest to kwestia szczerości w stosunku do siebie i zerknięcia na swoje własne motywy. Czasem bywa to trudne, na przykład ze względu na zazdrość na zasadzie wyłączności czy motywowanie troski pożądaniem. Jeśli chcemy nie tylko dać komuś objaw w
postaci chwilowego bezpieczeństwa, ale jakoś podać dalej sposoby skontaktowania
się z tą wiecznie bezpieczną częścią w sobie, to po prostu warto swoim przykładem pokazywać, że jest to możliwe i nie jest trudne, choć zajmuje trochę czasu. Poza tym, jeśli jesteśmy samcami i naszym programem jest opieka, to możemy się bać ujawniania, że sami też potrzebujemy, by partner nam dał poczucie bezpieczeństwa. Oczywiście to złudzenie, bo przecież kobiety są pod tym względem lepszymi ekspertami. Można też atrakcyjnie spoglądać na taką sytuację, że ona daje mi poczucie
bezpieczeństwa, a ja daję jej. To jest super, ale to początek. Bo w takim układzie łatwo popaść w lenistwo, a przecież nie można wszędzie targać ze sobą swej tak zwanej drugiej połówki, żeby czuć się wyluzowanym. Jednak jeśli jest to na zasadzie domowej regeneracji przed trudami codzienności, to ok. Byle nie dzielić się na
siłę i byle nie porzucać czegoś, czego się jeszcze całkiem nie ma.
2. Co sadzisz na farmie na fb
Ostatnimi czasy sadzę rośliny, które wschodzą 2-3 dni. Trzeba trochę poczekać, ale
można zarobić dużo punktów. Te ostatnie potrzebne mi są na nowe maszyny: żniwiarkę i brony. Dzięki nim szybciej można oporządzać FarmVille i mniej energii można wkładać w zdobywanie nowych leveli. Sadzę głownie zieloną i czerwoną paprykę, czasem arbuzy, zdarzają się osławione karczochy.
3. co najbardziej cie przytłacza a co sprawia ze latasz?
Przytłacza mnie zgiełk w centrach handlowych i mdłe światło jarzeniówek. Po dobie
przed kompem przytłacza mnie wszystko, co nie jest odpoczynkiem. Czasem przytłacza
mnie drugi człowiek, gdy nie wiem co odpowiedzieć. A co sprawia, że latam? Chyba
głód. Latam wtedy do sklepu po mleko do płatków cynamonowych, albo po pierogi ruskie do osiedlowej pierogarni. A poważnie: kodowanie (ostatnio w Rubym) i momenty, w których to co dookoła i do co w środku jest zharmonizowane – zdarza się to
rzadko, i w tamtych chwilach wcale nie latam, chociaż wspomnienie o tej perspektywie daje nadzieję na przyszłość i wyklucza bezsens.
4. czy w tym wieku masz jeszcze jakies autorytety/idoli if not -> dlaczego
Emocjonalnie zdarza mi się, intelektualnie raczej nie. Nie wiem czy można powiedzieć "autorytet" o kimś, kto specjalizuje się w czymś szczególnym i ma
wysokie kompetencje w wąskiej dziedzinie. Takie osoby cenię, ale wiem, albo raczej
uświadamiam sobie, że nie znają się na wszystkim. Nawet gdyby się znały, to
musiałyby umieć stawać się mną, żeby formułować schematy postępowania lub
myślenia, które będą mi pomocne. Mówię oczywiście o konkretnych trudnych
sytuacjach. To wymagające podejście i przy takim założeniu trudno, żeby w ogóle
ktokolwiek miał jakieś autorytety. Emocjonalnie miewam autorytety przez jakiś
czas. Na przykład są to ludzie, którzy swoim przykładem pokazują, że można
zmieniać kłopoty w narzędzie rozwoju, albo ludzie, którzy są dobrzy w komputerach.Ponieważ pewne osiągnięte przez nich cele, ich zachowania czy cechy mi
odpowiadają, więc ciekawią mnie ich osoby. W ten sposób mam przez jakiś czas
motywację do tego, żeby się zapoznać z ich dorobkiem i tym w jaki sposób
funkcjonują ich umysły. Rzeczywiście, kiedyś miałem więcej autorytetów. Chociaż w tej chwili zastanawiam się, czy aby nie jest tak, że mimo ich braku moja ogólna ciekawość ludzi się nie rozbudziła. To znaczy, że staję się mniej wyspecjalizowany i znajduję podobieństwa z coraz to różniejszymi osobami, a nie tylko z geekami i
nerdami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz